Prudnik24

Spółdzielnia „Pionier” – z Prudnika na cały świat

Spółdzielnia „Pionier” – z Prudnika na cały świat
Kwiecień 27
19:07 2016

Świetnie działający zakład pracy w Prudniku? Owszem, to możliwe. W obchodzącej właśnie 65-lecie działalności  Spółdzielni „Pionier” na przestrzeni kilku lat zatrudnienie wzrosło o ponad 70 osób, przeprowadzane są nowe inwestycje, a wytwarzane tu części samochodowe użytkuje się m.in. w Japonii i Brazylii. O mającą miejsce reorganizację procesów produkcyjnych – i nie tylko – zapytaliśmy prezesa „Pioniera” – Tomasza Kuszłę.

ROZMAWIA: MACIEJ DOBRZAŃSKI

 Panie prezesie, jak na wagę sprawowanej funkcji, jest Pan dość młodym człowiekiem. Jak to było z podjęciem przez Pana decyzji, by wziąć na siebie odpowiedzialność zarządzania jednym z największych zakładów w Prudniku?

To prawda. Startując w 2012 roku do konkursu miałem ukończone 28 lat, więc niewiele. Do tej pory, kiedy w różnych sytuacjach reprezentuję firmę – czy to podczas spotkań z klientami, czy też podczas udziału w targach –  w oczach rozmówców widzę lekkie niedowierzanie, czy przypadkiem nie przyjechał za młody reprezentant (uśmiech). W pracy towarzyszy mi jednak świadomość, że każdą decyzję podejmuję nie w imieniu własnym, lecz wszystkich osób, które zatrudniamy. Jest to duża odpowiedzialność.

Firma GKN Driveline z Wielkiej Brytanii działająca w branży motoryzacyjnej to wasz największy kontrahent. Jak udało się go pozyskać?

Historia naszej współpracy sięga 2002 roku. Wiadomo, że aby był biznes, muszą znaleźć się dwa podmioty, mające potrzebę ze sobą kooperować. Po wybudowaniu  nowego zakładu w Oleśnicy (woj. Dolnośląskie) GKN rozpoczął poszukiwania firmy, która byłaby w stanie świadczyć usługę lakierowania proszkowego. Nasza spółdzielnia taką usługę prowadziła. Zostaliśmy więc wytypowani jako jeden z kilku podmiotów, z którymi Brytyjczycy rozpoczęli rozmowy o podjęciu współpracy. Szczęście, że poprzednie zarządy doprowadziły tą sprawę do końca i współpraca mogła się rozpocząć, a w następnych latach znacząco rozwinąć.  Świetnie obrazują to liczby: w 2002 roku zaczynaliśmy od 200 tysięcy sztuk rocznie, rok 2016 zamkniemy produkcją na poziomie 5 mln sztuk. Widać więc znaczny progres, choć oczywiście liczę, że to nie jest szczyt możliwości pomiędzy nami (uśmiech). To dla nas zresztą powód do dumy, że od lat 60 do teraz tak się rozwinęliśmy. Udowodniamy tym samym, że w tak małym mieście jak Prudnik można robić interesy z największymi koncernami i – co ważne – robić to dobrze.

Do jakich państw docierają części produkowane w „Pionierze”?

Na początku lat 60-tych, jako podmiot lokalny, dostarczaliśmy części do ZSD Nysa (popularne „nyski” – przyp. red.), a także FSC Lublin i FSM Tychy. Była to więc typowa produkcja krajowa, lokalna. Dziś nasze produkty używane są m.in. w Meksyku, Niemczech, Turcji, na Węgrzech, we Francji i we Włoszech. Są też takie perełki jak Japonia i Brazylia.

 Kiedy miał miejsce ten przełomowy moment i wyjście z produkcją poza granice Polski?

Mniej więcej od czasu pozyskania nominacji z Fiata na nową Pandę, kiedy to zaczęliśmy produkować do Włoch. To był rok 2009. Potem, sukcesywnie, dochodziły kolejne państwa.

Co by się stało, gdyby GKN zrezygnował z dalszej współpracy?

Byłaby to na pewno duża strata, jeśli chodzi o wielkość produkcji. Z pewnością odczuliby to nasi pracownicy, bo dla wszystkich nie byłoby zatrudnienia. Natomiast zakład na pewno działałby nadal, ponieważ, na całe szczęście, nie mamy jednego klienta. GKN jest dla nas kluczowy, niemniej w naszym portfolio znajduje się 14 klientów. Z nimi też rozwijamy współpracę.

 W Prudniku zlikwidowanych zostało kilka dużych zakładów pracy, tymczasem „Pionier” się rozwija. Jakaś recepta na sukces?

Szczerze mówiąc nie wiem, czy to lokalizacja jest receptą. Wydaje mi się, że mielibyśmy podobne szanse, jeśli chodzi o konkurowanie, czy rozwój współpracy z klientami, gdybyśmy byli usytuowani w innym mieście. Na pewno największą bolączką Prudnika jest bezrobocie. To temat, z którym nie tylko my, jako zakład się zmagamy, ale wszystkie inne podmioty gospodarcze działające na terenie gminy. To bezrobocie jest specyficzne, ponieważ  wykwalifikowana kadra do Prudnika nie wraca, osoby po studiach i fachowcy zostają w większych miastach lub wyjeżdżają do pracy za granicę. W Prudniku ponosimy zatem dużo większe nakłady na szkolenia naszych pracowników, niż  konkurencja ulokowana w większych miastach. Nowozatrudnianych pracowników musimy uczyć od podstaw mentalności, jeśli chodzi o wymagania klientów branży motoryzacyjnej.

Za Pana kadencji sporo osób znalazło w „Pionierze” zatrudnienie. Ile osób pracuje dziś w spółdzielni?

Przekroczyliśmy liczbę 160. Jest to sprawa płynna (śmiech). Żartujemy, że nigdy nie wiemy ilu nas jest. Ta liczba, co jednak ważne, rośnie.

Planujecie nadal pozyskiwać nowych pracowników?

Spektakularnych dotrudnień nie planujemy, natomiast pojedyncze etaty będziemy na pewno tworzyć w wydziałach pomocniczych. Największy wzrost zatrudnienia miał miejsce w latach 2014-2015, teraz sytuacja się stabilizuje. Ale faktem jest, że znacznie się rozwinęliśmy – od 2013 do dziś przybyło nam ponad 70 nowych miejsc pracy.

Wasza kadra to głównie mieszkańcy gminy Prudnik?

Staramy się zatrudniać pracowników lokalnych i takich też jest najwięcej. Dokładnych statystyk nie prowadzimy, ale mogę powiedzieć, że ponad 90% kadry stanowią właśnie pracownicy lokalni.

Jako zakładu pracy chronionej obowiązują was specjalne przepisy w zakresie liczby zatrudnionych osób z niepełnosprawnością. Jak kształtuje się ten podział w waszej spółdzielni?  

Ponad 50% to osoby ze stopniem niepełnosprawności – 96 na 160 wszystkich zatrudnionych. Są to osoby z różnymi schorzeniami i w różnym stopniu niepełnosprawności.

Co z rozbudową zakładu? W planach – przypomnijmy Czytelnikom – był rozrost o tereny znajdujące się przy ul. Wańkowicza, z kolei wójt Lubrzy proponował przeniesienie całego zakładu na teren tamtejszej gminy.

 Uporządkujmy. Wzrost zatrudnienia powodował pewne konieczności, jak zwolnienie przestrzeni pod zabudowę produkcyjno-magazynową. Dlatego też na początku 2013 roku wystąpiliśmy do gminy Prudnik z prośbą o sprzedaż gruntów przy ul. Wańkowicza. Procedura przygotowania do przetargu ze względu na przepisy musiała trwać do końca 2015 roku. Dla biznesu trzy lata to kawał czasu. W 2013 roku z naszego zakładu wyjechało do klientów 4 mln komponentów, a w tym mamy już zakontraktowane 8 mln, co jest ogromnym progresem. Nie mogliśmy więc tak długo czekać. Dlatego też w 2013 roku poprzez wewnętrzną reorganizację większości procesów produkcyjnych  i przeniesienie większości maszyn zainstalowanych na terenie zakładu, zwolniliśmy 400 metrów kwadratowych pod zabudowę produkcyjną. Teren ten jest już zabudowany, powstała tam nowa linia do lakierowania, start produkcji zaczął się w 2015 roku (mowa o automatycznej lakiernii – przyp. red.). W połowie tego samego roku podjęliśmy też drugą decyzję o kolejnej reorganizacji,  a więc zmiany layoutu zabudowy produkcyjno-magazynowej, tak, aby móc do końca bieżącego roku zwolnić i przygotować blisko 800 metrów kwadratowych pod dalszą produkcję (chodzi o jeden z obecnych budynków socjalnych – przyp.red.). Cały budynek zostanie przebudowany. Chciałbym jednak uspokoić okolicznych mieszkańców, że nie zamierzamy wprowadzać do otoczenia żadnej nowej technologii, czy emisji dźwięków.

Czy w takim razie temat Lubrzy i ulicy Wańkowicza nie jest już aktualny?  

Wobec podjętych przez nas działań, zakup gruntów nie jest na razie priorytetem. Najbliższe dwa lata będziemy się więc spokojnie rozwijać w naszym wnętrzu. Natomiast w przyszłości ta kwestia  jest jak najbardziej otwarta, ponieważ z pewnością będziemy zmuszeni poszukiwać nowe grunty pod inwestycje. Wspomniane wcześniej 800 m. to ostatnia wolna przestrzeń, jaką na dzień dzisiejszy dysponujemy. Lokalizacja jest sprawą otwartą i dotyczy to zarówno Lubrzy, jak i ul. Wańkowicza. Kolejnym wariantem jest wybudowanie nowych obiektów w Prudniku poza strefą miejską sukcesywne przenoszenie tam zakładu. Zobaczymy, co się wydarzy.

Pionier dwukrotnie był poważnie podtopiony, zarówno w latach 70 jak i podczas pamiętnej powodzi roku 1997. Czy uważa Pan, że obecnie jesteście dobrze zabezpieczeni przed wielką wodą?  

Obawy zawsze są, nikt nie da gwarancji, że powódź z rok 1997 się nie powtórzy. To też jeden z czynników branych przez nas pod uwagę przy poszukiwaniu terenów inwestycyjnych. Gmina zapewnia nas jednak, że rzeka po 97 roku została uregulowana w taki sposób, że nie powinno być powtórki.

Spółdzielnie coraz rzadziej występują na polskim rynku. Czy zatem z tej formy funkcjonowania odnosicie jakieś specjalne korzyści?

Myślę, że to kwestia rozumienia prawa. Spółdzielnia, podobnie jak spółka akcyjna, czy z ograniczoną odpowiedzialnością, ma swoich właścicieli, a ci z kolei mają w niej swoje udziały. Od spółki różnimy się na przykład tym, że warunkuje nas prawo spółdzielcze. Status naszej Spółdzielni  zakłada, że aby być jej członkiem, trzeba być w niej zatrudnionym na umowę o pracę. W „Pionierze” spółdzielnię tworzy obecnie 29 członków.

Przejdźmy do nieco luźniejszych tematów. W kierowanej przez Pana spółdzielni zdecydowaną większość kadry stanowią panowie. Czy pracujące tu panie nie czują się w tym gronie nieco stłamszone? (śmiech)

 Nie mam informacji o takich działaniach (śmiech). Jest natomiast progres w zatrudnieniu pań. Jeszcze w latach 2008-2009 ich liczba składała się na 6-7% całej kadry. W roku 2014 było to już 15%. Takie proporcje wynikają ze specyfiki pracy. Część procesów produkcyjnych to  procesy ciężkie, gdzie nie ma możliwość zatrudniać kobiet ze względu na przepisy BHP. Jednak znajdują one zatrudnienie wszędzie tam, gdzie jest taka możliwość. Panie, jak wiadomo, łagodzą obyczaje, dlatego liczę, że będzie ich u nas przybywać.  Generalnie uważam, że mamy kapitalną załogę. Pracownicy są świadomi tego, co robią i jakie wymagania mają nasi klienci. Po działaniach rozwojowych, jakie podjęliśmy w przeciągu ostatnich trzech lat, wychodzimy nawet z założenia, że klienci ufają nam bardziej niż konkurencji, bo lokowali tu strategiczne dla siebie  projekty. A takich byle komu się nie daje. Jestem dumny z tego, że mogę pracować w spółdzielni z moimi pracownikami. Swoją determinacją pokazali, że można w Prudniku robić dobre interesy.

W tym roku świętujecie 65 lecie istnienia. Będą jakieś specjalne obchody?

Nie przewiduję żadnych szaleństw, jest zorganizowana impreza dla pracowników, spotkamy się we własnym gronie i będziemy świętować (uśmiech).

Wróćmy jeszcze do Pana. Co robi prezes dużej lokalnej firmy w wolnym czasie? Ma Pan jakieś szczególne hobby?  

Mam nadzieję, że nie przeczyta tego moja żona, bo zaraz zada pytanie, kiedy mam ten czas wolny (śmiech). Faktycznie bardzo ciężko jest go wygospodarować. Zresztą, korzystając z okazji chciałbym jej podziękować, że ma do mnie tyle cierpliwości. Zdarza mi się pracować po kilkanaście godzin dziennie, czasem bywam w domu tylko na weekendy, bo obowiązki każą jeździć w świat. Wolne chwile staram się poświęcać właśnie żonie i dziecku. Jeśli chodzi o hobby – gdy jest tylko możliwość staram się wsiąść na motocykl i zrobić trochę kilometrów. Od paru lat jestem, jak to się mówi, szczęśliwym motocyklistą (śmiech). Rozwijam tą pasję razem ze znajomymi.

Dziękuję za rozmowę.

Gazeta Prudnik24 – numer 149

Reklama

Reklama

 

 

 

 

 

Reklamy

Facebook