Prudnik24

Nasz felieton: Prudnik mówi poprzez zabytki

Nasz felieton: Prudnik mówi poprzez zabytki
Październik 05
17:14 2016

10 września miałem przyjemność oprowadzać wycieczkę z Kalet. Byli to seniorzy ze stowarzyszenia działającego w tym oddalonym o około 120 km od Prudnika mieście.

Kalety przedstawiają się jako „leśny zakątek Śląska”, stamtąd – jak się przy okazji dowiedziałem – pochodzi Piotr Polk, gwiazda jednego z moich ulubionych seriali, a mianowicie „Ojca Mateusza”. Miasteczko – podobnie jak nasze – należy do sieci Cittaslow, a wspomniani już goście przyjechali na zaproszenie Uniwersytetu Złotego Wieku „Pokolenia”, zresztą w ramach rewizyty. Czas na tego rodzaju odwiedziny był bardziej niż odpowiedni – w tle targi Inter-Region, do tego Europejskie Dni Dziedzictwa. Nic tylko pamiętać Prudnik jako sprawny i dynamiczny. I to wcale nie złośliwość – w mieście to i owo się dzieje, pozostaje tylko mieć rękę na pulsie i dostroić swoje wymagania do rzeczywistości powiatowego miasteczka.

Starałem się, rzecz jasna, dołożyć swoje trzy grosze do tego, by Prudnik jawił się seniorom (i towarzyszącej im urzędniczej delegacji) jak najlepiej. Prawdę mówiąc, zadebiutowałem w roli przewodnika po Grodzie Woka; aczkolwiek – gdyby tak się zastanowić – w oprowadzanie po tym zakątku Opolszczyzny bawię się od ładnych kilku lat (jako redaktor paru książek i dziennikarz). Nauczyłem się, że trzeba wykorzystywać ten moment koncentracji odbiorcy, jego uwagę złapaną gdzieś w biegu, wiedząc że okazja szybko się nie powtórzy. Jak w telegraficznym skrócie, w kilku tysiącach znaków języka pisanego lub kiludziesięciu minutach mówionego, oddać istotę? Będę eksperymentować w tej dziedzinie pewnie aż do śmierci, emerytury lub zmiany zawodu. A jeśli chodzi o Prudnik: grunt to – jak sądzę – dobór słów-kluczy. „Miasto szewców i tkaczy”, „epidemia dżumy”, „Habsburgowie”, „żydowscy fabrykanci”, „kontrowersje co do daty powstania grodu”, „Wok z Rosenberga”, „kapucyni”, „Prymas Tysiąclecia” itd. A nuż, może do tego szkieletu narracji przyłączy się parę szczegółów, np. „naczółkowy dach na budynku cechu” albo „boniowanie elewacji willa Fränkla”. Nie bez znaczenia jest też powiązanie tego, co dawne ze współczesnością. Informacje ładnie się do siebie kleją, gdy powiemy: „dziś dzieje się tutaj to, a sto lat temu działo się tamto”.

Jak powiedział kiedyś mój znajomy, miłośnik historii – najlepiej uczyć się dziejów metodą „pojechać, dotknąć”. Ja także zacząłem doceniać kulturę materialną, to taka sieć checkpointów, które się zalicza, znaczników pozwalających się orientować. Na nich łatwiej jest utkać narrację, która pozostanie w głowie na dłużej. W Prudniku zabytków nie brakuje. W większości są fajnie zachowane – jeśli nie w środku, to chociaż od zewnątrz (jak np. Wieża Bramy Dolnej). Budynki świetnie opowiadają nam historię Prudnika i dzieje ich fundatorów: Pinkusów oraz Fränklów. Oczami wyobraźni możemy zobaczyć niegdysiejszą, liczącą ponad 20 tys. pozycji bibliotekę śląską (pałacyk na Nyskiej), wyobrazić sobie bożnicę na Kolejowej, gdy jeszcze żyła religijnym (i niekoniecznie zielonoświątkowym) życiem, albo pomyśleć, jak wyglądał ogród zimowy w dzisiejszej siedzibie POK-u. Przy okazji rodzi się kontekst – można zacząć zadawać pytania, czym miasto żyło, jaki był jego puls. Z domorosłymi uogólnieniami dziejoznawczymi trzeba wprawdzie uważać, no ale od czegoś trzeba zacząć. Najlepiej od wyobraźni.

Było o mnemotechnikach, było o aktywnym zwiedzaniu, teraz co nieco o zmiennych zakłócających. Seniorzy z Kalet podczas prawie dwugodzinnego zwiedzania zostali nieźle przećwiczeni. Upał dawał się we znaki, a zmęczenie potrafi nieźle utrudniać percepcję. Jednak – podchodząc do tego nieco darwinistycznie – intensywnie podróżujący seniorzy to przecież ci, którzy uciekli spod kija wielu niedomagań wieku podeszłego; nieźle więc dali więc radę, choć widać było po nich zmęczenie.

Ja natomiast nie byłbym sobą, gdybym odpuścił próbę choćby pobieżnej refleksji nad historią Prudnika, którą mogłem sobie przypomnieć (a w przypadku pewnych wątków – przyswoić praktycznie od zera). Wszystkie osoby mające upodobanie w podkreślaniu (skądinąd nie bez racji) słabych stron naszego miasta (bezrobocie, wyludnianie itd.), pragnę pocieszyć, że w dziejach też bywało trudno. Epidemia dżumy, wojna trzydziestoletnia, najazd Szwedów (barwny wiek XVII) – to tylko niektóre przykłady upadków, po których miasto się podnosiło, nie mówiąc już o pożarach (np. Kościół Michała Archanioła jest którąś z kolei wersją tego pierwszego, jeszcze średniowiecznego). W czasach sprzed BHP, zimnych wojen, penicyliny itd. działy się rzeczy obce nam, współczesnym. I jakoś trzeba było sobie radzić. Podobno… historia magistra vitae est. Dziś problemy są inne, ale – jak śpiewał Kazik – „los się musi odmienić”. Tym bardziej, że jeśli chodzi o reindustrializację Prudnika, mamy ostatnio światełko w tunelu. I do tego światła – wbrew radom Osła ze „Shreka” – na pewno warto się udać.

About Author

Bartosz Sadliński

Bartosz Sadliński

Related Articles

Gazeta Prudnik24 – numer 117

Reklama

Reklama

Facebook

Komentarze

Prudnik podobnie jak wszystkie miasta cierpi na brak parkingów, ale pierwszy raz słyszę aby parkingi...

KOLEJNA GŁUPOTA !!!!...

oli

Prudnik...minimalizm życiowy...

ewa

Jaka mać taka nać i tyle w temacie....