Prudnik24

Problematyczne zamki, kłopotliwe pałace

Problematyczne zamki, kłopotliwe pałace
Grudzień 11
20:53 2016

Z Iwoną Solisz, wojewódzką konserwator zabytków, rozmawiamy o obiektach ziemi prudnickiej – jak je ratować, dlaczego niszczeją i czemu tak trudno wyegzekwować cokolwiek od ich właścicieli.

ROZMAWIA: BARTOSZ SADLIŃSKI

Z zamkiem w Łące Prudnickiej wiązały się rozmaite problemy. Na czym stanęło?

Sytuacja jest skomplikowana. Jedyne, co się poprawiło, to współpraca obecnego właściciela z urzędem konserwatora.

Jak to wygląda?

Właściciel był kilkakrotnie na spotkaniu, tu, w urzędzie. Można powiedzieć, że są lepsze i gorsze dni… Na nasze zlecenie została opracowana ekspertyza, wykonał ją dr inż. Stanisław Karczmarczyk – rzeczoznawca ministra kultury i dziedzictwa narodowego z Krakowa, konstruktor specjalizujący się w zabytkach, który pomógł nam ocenić stan techniczny obiektu w celu przygotowania nakazu konserwatorskiego, bo taki został wydany, jeśli chodzi o wykonanie prac. Właściciel odebrał ten nakaz, więc wie, co zrobić. Zobowiązywał się zresztą do lepszej współpracy. Chcieliśmy nawet dać mu fundusze na przeprowadzenie dodatkowych badań architektonicznych. Są one niezbędne w kontekście adaptacji obiektu. Jest to duży i skomplikowany zabytek, w złym stanie technicznym.

Lata zaniedbań zrobiły swoje…

Doszła do tego zwykła dewastacja. Mieliśmy zgłoszenia, że zamek jest niszczony. Jako że na miejscu nie ma właściciela, o takie rzeczy nietrudno. Poza tym nie podjął on niestety prac badawczych, o których mówiłam wcześniej. Przebywa w Stanach Zjednoczonych. W drugiej połowie tego roku kontakt z nim jest ograniczony. Gdy wyjeżdża, po prostu znika. Ale przynajmniej nie trzeba szukać go po całym świecie, a takie czasy już były; zapadały nawet wyroki sądowe, a właściciel był nieosiągalny.

Co konkretnie ma tam być zrobione, skoro wydany jest nakaz konserwatorski?

To w zasadzie opowieść na książkę. Mowa tu o bardzo poważnych pracach, polegających nie tylko na zabezpieczeniu dachu czy stropów, ale w zasadzie wszystkich pozostałych elementów. W każdym skrzydle potrzebna jest ingerencja konstruktorów, i ostatecznie działania konserwatorskie dotyczące sgraffit czy polichromii. Może tego nie widać, ale obiekt ma problemy ze statyką…

Mówiąc wprost – może się zawalić?

Tak. Niestety, nie mogę zmusić właściciela, żeby tam zamieszkał – nie pozwala mi na to ustawa o ochronie zabytków. Mogę jedynie przymuszać, żeby zabezpieczał – to należy do kompetencji służb konserwatorskich. Chodzi o to, by obiekt nie uległ całkowitej degradacji. Najczęściej nakazy dotyczą zabezpieczania dachu, gdyż ważna jest ochrona przed działaniem wody: odpowiednie pokrycie dachowe, rynny… Trzeba to naprawiać w pierwszej kolejności.

Tu przychodzi mi na myśl zamek w Chrzelicach, który już w zasadzie popada w ruinę. Tam np. zawalił się dach. Czy urząd konserwatora jakoś jeszcze walczy o ten obiekt?

Zamek w Chrzelicach to już tzw. ruina trwała, tak jest od dłuższego czasu. Fundacja Ortus miała parę lat temu projekt nie tyle remontu, ile odbudowy – stworzenia struktury z istniejących fragmentów z uzupełnieniem o nowe elementy. Idea była – moim zdaniem – bardzo ciekawa, ale niestety pojawił się problem z zapewnieniem wkładu własnego do uzyskanej dotacji ze środków unijnych. No i prace zostały wstrzymane. Na tym etapie nie były jednak prowadzone czynności nakazowe ze strony urzędu konserwatora.

Jaka jest więc jego rola wobec takiego obiektu? Ratować co się da?

Nie można też na siłę odbudowywać zabytków. Najważniejsze – koniec końców – żeby zostały w krajobrazie, gdyż mogą pełnić – po zabezpieczeniu i udostępnieniu – współczesne, atrakcyjne turystycznie funkcje. Np. w Wielkiej Brytanii pokazuje się ruiny jako świadectwa i ciekawostki historii. W Polsce przykładem mogą być zamki Jury Krakowsko-Częstochowskiej, szczególnie Ogrodzieniec – nie trzeba odbudowywać zabytku, żeby żył.

W Prudniku znajduje się Wieża Bramy Dolnej. Nie da się do niej wejść, ale z zewnętrz można pooglądać…

Chodzi o to, żeby obiekt pozostał (jako dokument swojej epoki) i nie stanowił zagrożenia. Prowadzi się trzebież samosiewów, zabezpiecza konstrukcję i podejmuje inne tego typu działania.

Określenie „ruina trwała” jest terminem, czy ma charakter potoczny?

Nie pojawia się może w ustawie, ale jest to określenie uznane przez specjalistów; występuje w różnych dokumentach, np. w Karcie Ochrony Ruin Historycznych. To zbiór wytycznych odnośnie ruin historycznych, czyli ukształtowanych w wielowiekowym procesie niszczenia. Takie określenie pojawia się zatem od lat i dotyczy także niektórych zabytków w województwie opolskim.

Zdarza się, że konserwator odpuszcza i obiekt zostaje skreślony?

Nie, chyba, że minister kultury i dziedzictwa narodowego zgodzi się na skreślenie go z rejestru zabytków. Na terenie województwa opolskiego takie rzeczy miały miejsce w przypadku kilku dworów. Generalny konserwator zabytków (bo od niego to zależy, nie od wojewódzkiego konserwatora) zgodził się na skreślenie. W takiej sytuacji inwestor może już zrobić, co zechce – zostawić, rozebrać… Ale trzeba powiedzieć, że skreślenie zdarza się rzadko – muszą być jednoznaczne badania i ocena wartości zabytkowych, mówiące że substancja zabytkowa została usunięta, zniszczona itp.

Wróćmy zatem do konkretnych miejsc w okolicy. Jak wygląda sytuacja z zamkiem w Białej?

My reagujemy, gdy obiekty są zagrożone, a ten akurat został zabezpieczony przez właściciela. Ma on różne wizje i pomysły, w jaki sposób użytkować budynek. Kilkakrotnie odbyłam spotkanie z projektantami i właścicielem odnośnie nowych koncepcji.

Jakieś szczegóły?

Ze strony właściciela pojawiła się prośba, żeby tego nie komentować, bo nie wiadomo, na ile te plany zostaną zrealizowane. Nie chciałabym się wypowiadać. Na pewno nie wyszliśmy jeszcze poza sferę spotkań i rozmów. Nie jesteśmy np. na etapie zaleceń konserwatorskich. To jeszcze sprawa bardzo mglista, nieokreślona. Może okres nowego programowania środków finansowanych z UE zachęci właścicieli obiektów, którzy poszukują źródeł finansowania, a nie do końca wiedzą, co i jak zrealizować.

Gdzie są granice tego, w jaki sposób wykorzystać zamek, pałac czy jakikolwiek inny zabytek? Gdyby ktoś chciał otworzyć przysłowiową fabrykę drutu…?

Gdyby polegało to na tym, że siedzi się w pokoju na krzesełku przy stole, bez skomplikowanej linii technologicznej, to czemu nie. Obiekt musi mieć użytkownika, funkcję, ale nie może tracić wartości zabytkowych. Można coś dodać, uzupełnić, ale nie za wszelką cenę. Wyburzenie jakiegoś skrzydła, by postawić nową kubaturę (bo komuś szerokość schodów czy wysokość pomieszczeń nie odpowiada), to już by były za daleko posunięte pomysły. Spotykamy się z różnymi propozycjami i szukamy rozwiązań, np. dotyczących tego, żeby w zabytkowym obiekcie mogły być sanitariaty (ale niekoniecznie w reprezentacyjnej sali ze sztukateriami) czy inne niezbędne funkcje.

Jakim pomysłom zazwyczaj pani odmawia?

Na przykład przychodzi inwestor i mówi, że pomieszczenia pałacu, które ma na dwóch kondygnacjach, nie podobają mu się; chce więc wypruć stropy i zrobić wielką salę, przez wszystkie kondygnacje, otwartą z góry na dół; chciałby też zrobić w niej antresolę. Dla mnie to by były irracjonalne działania. To, że ktoś chce zrobić antresolę, wskazuje, że potrzebny jest mu poziom dodatkowy. Po co więc niszczyć historyczny układ funkcjonalny. Po rozmowach okazuje się nieraz, że taka była wizja architekta, bez refleksji dotyczącej wartości zabytkowych. Albo wizja właściciela. Pomysły mogą być zbyt inwazyjne, ale niekiedy wydają się oderwane od rzeczywistości – można tu podać przykład projektu potężnej sali konferencyjnej na dalekiej wsi bez zaplecza hotelowego i innych usług. Staramy się rozmawiać i szukać innych rozwiązań.

Spotkałem się już dwa razy z poglądem, że na Opolszczyźnie konserwator jest dość liberalny. Rozmawiałem np. z takim panem, który odnawia zabytek w Wielkopolsce. Co pani na to?

Nie znam tych opinii; inwestorzy komentują i oceniają nas za naszymi plecami. W tym temacie dużo zależy od inwestora i od wartości obiektu, jego autentyzmu, unikatowości. Czasem np. elementy, które trzeba wymienić, i tak nie są oryginalne (z dawnych czasów). Niekiedy po prostu budynek grozi zawaleniem i trzeba zrobić cokolwiek, żeby ten stan rzeczy zmienić. Inaczej też podchodzi się do zamku renesansowego, a inaczej do budynku mieszkalnego z początku XX wieku. Poza tym: w regionach, w których konserwatorzy wojewódzcy posiadają większe budżety, mają także większe możliwości dofinansowania prac i łatwiej jest egzekwować wymagania konserwatorskie. Jeśli dotacja na remont dachu wynosi 100 tys., można już zrobić coś więcej. Dla porównania u nas jest to zwykle 10 tys., bardzo rzadko 50 tys. Budżety są całkowicie nieporównywalne.

Gdzie był (lub gdzie jest) popełniany błąd, skoro tyle obiektów niszczeje, a właściciele nic z tym nie robią. Zły dobór osób? Słabość prawa? Mentalność?

Pewnie wszystko po trochę. Na pewno zły system sprzedaży odgrywa tu ważną rolę. Obiekty sprzedawane są bez faktycznego zabezpieczenia możliwości odbioru tego zabytku w sposób prosty i skuteczny, bez wypłacania dużych odszkodowań. Nie funkcjonuje też zapisany w ustawach system wywłaszczenia nieruchomości. Ewenementem jest tu Głogówek, gminie udało się odzyskać zamek.

Ale trzeba było zapłacić…

Przepisy nie ułatwiają sprawy, także samorządom. W związku z tym nie chcą się one angażować. Zawsze podkreślam, że decyzja burmistrza Głogówka była bardzo odważna. Obiekt jest zabezpieczony i powoli odnawiany, widać efekty.

Krótko mówiąc: jest pani zwolenniczką pozostawiania zabytków w rękach publicznych?

Pewnie nie jest to możliwe w przypadku wszystkich zabytków, ale gdzie się da, pewnie warto to robić. To, co się dzieje – chociażby – z obiektem w Turawie, który należał wcześniej do Powiatu Opolskiego, to istny dramat. Zadecydowało myślenie: sprzedam, pozbędę się problemu…

Problem jest też taki, że jeśli władza chce coś zrobić w obiekcie zabytkowym, dajmy na to hotel. podnoszą się głosy prywatnych hotelarzy, że władza publiczna robi im konkurencję.

Niestety w naszym systemie nie za bardzo funkcjonuje partnerstwo publiczno-prywatne. To dobre rozwiązanie – mogłoby się sprawdzić. Niestety nie mamy wielu przykładów wokół.

Na czym takie partnerstwo polega?

Przykładowo gmina ma obiekt, a właściciel oferuje nakłady finansowe i zagospodarowuje obiekt; jest to operacja wiązana, jedna i druga strona coś wnosi, potem obie współpracują na rzecz określonej działalności publicznej w danym obiekcie. Partnerstwo publiczno-prywatne to bardzo szerokie pojęcie.

Jakiś przykład?

Galeria Solaris w Opolu. Miasto miało teren i potrzebowało podziemnego parkingu, inwestor chciał rozbudować galerię i się porozumieli. Generalnie przepisy są niejednoznaczne i trudne w sferze ochrony zabytków. Administracja samorządowa ma pewnie obawy, by takie formy współpracy podejmować. Niewielu jest też partnerów biznesowych, którzy chcieliby zaufać administracji i w takie partnerstwa wchodzić. Wymaga to szukania porozumienia i współpracy przez wiele lat. A w naszym systemie żadna ze stron takiej stabilności nie może zagwarantować lub po prostu może mieć obawy co do rentowności przedsięwzięcia.

About Author

Bartosz Sadliński

Bartosz Sadliński

Related Articles

Gazeta Prudnik24 – numer 109

Reklama

Reklama

Reklama

Facebook

Komentarze

LOL

Drogi Panie Maćku ! Tu nie o wielkość strefy chodzi, lecz o efektywność działań Gminy...

No mattter if sme one searches fⲟr his requiired tҺing, therefoге he/she needs to be...

Ja czekam ponad rok na decyzje z rops w Opolu wiec nie jestema przekonana co...

ale kupa, nic wartościowego co faktycznie coś może wnieść i poprawić sytuację w mieście...