Prudnik24

Nie całkiem przeszłość

Nie całkiem przeszłość
Lipiec 17
19:58 2018

„Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego (2016) – emitowany w TVP1 w związku z siedemdziesiątą piątą rocznicą rzezi na Kresach (w konkretnie: tzw. krwawej niedzieli – 11 lipca 1943, kiedy to rozpoczęła się masowa ludobójcza akcja na Polakach) – jest ważny z kilku powodów. Widziałem parę wcześniejszych filmów tego reżysera: z jednej strony potencjał i dobry warsztat, z drugiej – no właśnie – ogrom scen brutalnych (czy po prostu obleśnych) – wysadza czasem bezpieczniki (jak w filmie „Pod mocnym aniołem”: niby tak właśnie wygląda alkoholizm, ale w pewnym momencie nie da się już na te wszystkie sceny patrzeć). Fakt, że oglądając w ostatnich latach produkcje Patryka Vegi, stwierdzam, że Smarzowski ze swoim szokowaniem został już dawno prześcignięty, ale – co jak co – zaliczyłbym go do reżyserów mocnych. Cieszę się zatem, że twórcy o takich możliwościach powierzono film, w którym te możliwości naprawdę zostały zrealizowane. Był jego zarówno reżyserem, jak i scenarzystą.

Film „Wołyń” jest niesłychanie dramatyczny (zresztą: jaki miałby być?), ale także wyważony, akcja prowadzona jest powoli, z wyczuciem, napięcie powoli narasta. Widz widzi, jak na Kresach, w społeczności wielonarodowej (Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie…) wśród pięknej przyrody (w miejscu noszącym znamiona raju), coraz bardziej się gotuje. Aż dochodzi do długotrwałych, trwających systematycznie mordów. Ukraińscy nacjonaliści palą całe wioski, ludzie są rozrywani na strzępy, nabijani na widły, niezależnie od wieku, płci czy czegokolwiek. Scen drastycznych jest… wystarczająco. Nie za dużo (by nie odstraszyć lub nie wywołać efektu znieczulicy), ale też nie za mało – zilustrować jednak trzeba. Wątek obyczajowy także znalazł się w filmie – nie jest on jednak tak nachalny jak – dajmy na to – w „Bitwie warszawskiej” Hoffmana.

Dobrze też wiedzieć, że w filmie „Wołyń” wykorzystano motywy z książek Stanisława Srokowskiego („Nienawiść”, „Ukraiński kochanek”) – miło, że ten pisarz i działacz społeczny (który żył na Kresach i w dzieciństwie widział o parę scen za dużo) odegrał ważną rolą w tworzeniu tego historycznego filmu. Autor gościł parę lat temu w Prudniku – poruszał tematy mordów na kresach. Jego przykład pokazuje, że pisarstwo z misją, pisarstwo skoncentrowane na konkretnym problemie i adresowane do konkretnej grupy odbiorców, ma się naprawdę nieźle. Stanisław Srokowski reprezentuje też to pokolenie, które – co tu dużo mówić – odchodzi w przeszłość: pokolenie dawnej inteligencji, kojarzącej się z systemem wartości, nie dorabiającym ideologii do byle bzdury – inteligencji, której wrogowie nie zdążyli nam wytłuc. Wiem, brzmi to jak pewne uogólnienie, ale myślę, że coś jest na rzeczy.

Banałem będzie pewnie stwierdzenie, że wydarzenia na Kresach Wschodnich (w połączeniu z całym tłem historycznym) lat czterdziestych ubiegłego wieku mają konsekwencje po dzień dziesiejszy. Przesiedlenia, przemieszczenia ludności, ziemie utracone… I nie chodzi tu nawet o okazjonalne kłótnie i przepychanki (np. o to, że na dla części osób na Ukrainie Bandera to bohater), plemienne tarcia między „hanysami” a „hadziajami” (w samym Prudniku raczej nie odczuwalne, ale w okolicy owszem) czy żale o to, że na Opolszczyźnie są dwujęzyczne tablice w na Ukrainie nie. Po prostu struktura demograficzna takiego na przykład Prudnika wyglądałaby zupełnie inaczej. Prudniczanom tematu Kresów nie trzeba dwa razy tłumaczyć – niejeden tu mówi z charakterystycznym zaśpiewem. Osobiście też jestem potomkiem ludności z tamtych stron – z czasów, gdy „Polska była bardziej na wschód”, niejeden mój znajomy również. Stereotyp Kresowiaka: człowiek silny, odporny, długo żyjący – może i nam się udzieli, w kolejnym już pokoleniu.

Bartosz Sadliński

Gazeta Prudnik24 – numer 167

Reklama

 

Reklama

Reklama

 

 

 

 

 

Facebook