Prudnik24

Kozy winne torturom w Abu Ghraib?

19 lutego
12:25 2011

Co łączy amerykańskie wojsko, stada kóz, zabijanie wzrokiem, New Age i wojnę z terroryzmem?

Książka Jona Ronsona, dziennikarza z USA, zadziwia już samym tytułem. „Człowiek, który gapił się na kozy” – frapujące, nieprawdaż? Bierze człowiek to dzieło do ręki i już od pierwszej chwili wie, że ma do czynienia z lekturą o tematach niebanalnych, włos na głowie ze zdziwienia jeżących, a nieraz budzącą wręcz dziki sprzeciw. „Co to za bzdury!”, pomyślisz nieraz czytając tę książkę, drogi Czytelniku, masz to jak w szwajcarskim banku.

O czym opowiada autor w swoim dziele? Splata się tu kilka wątków. Przewodnim jest szaleńcza idea różnych żołnierzy lub ludzi w okolicach armii USA krążących, by – ujmijmy to zgrabnie – zwiększyć wpływ ludzkiej psychiki na wojenną efektywność. I nie chodzi tu bynajmniej o wydłużenie czasu na sen, by żołdacy byli bardziej wypoczęci. Ani o regularną dostawę ziół na wyciszenie czy seanse jogi. Ronson opowiada o próbach USArmy, mających na celu stworzeniu elitarnych oddziałów, złożonych z żołnierzy o… parapsychologicznych umiejętnościach. Słowem, takiego Archiwum X w kamaszach. Ten pomysł to rozpaczliwa odpowiedź pewnych wysoko postawionych żołnierzy amerykańskiej armii, zwłaszcza podpułkownika Jima Channona, na klęskę w Wietnamie, która potrzaskała wojsku morale. A przy okazji odebrała jej wiarę, że do czegokolwiek się nadaje. Chcąc odbudować bitewnego ducha, zdecydowano więc, by nad nim popracować i zaprząc do walki.

Za ideą poszły czyny. Ronson opisuje próby stworzenia Pierwszego Batalionu Matki Ziemi, czyli grupy najlepszych z najlepszych, którzy za pomocą siły woli – parapsychologii wręcz – mieliby silnie oddziaływać na wrogich soldatów, budząc w nich zaufanie i szacunek.

Ważne miejsce w tych planach przyznano kozom. W latach 80. w Fort Bragg w Karolinie Północnej stworzono specjalny oddział. Wybrani żołnierze ćwiczyli… zabijanie kóz (a także chomików) wzrokiem. Gdyby próby się powiodły, byłaby to najgroźniejsza grupa bojowa świata. Przy okazji, wroga zaczepka „Co się tak gapisz?” zyskałaby dodatkowy sens. Zadrzesz z takim i już po tobie. W końcu żołnierze ci mieli się stać najlepiej wyszkolonymi szpiegami – zabójcami świata. Kto wiedziałby, czy pijany agresor w knajpie nie jest jednym z nich?

Ronson w książce opowiada o tym ze swadą, momentami wciskając czytelnika w fotel. Poznając opisy kolejnych trików USArmy, ocierające się o New Age, początkowo trudno w nie uwierzyć. Potem jednak coś zaczyna w głowie świdrować – może oni jednak faktycznie męczyli te kozy wrogim spojrzeniem!?

Supertajny program stworzenia tzw. broni nieśmiercionośnych okazał się brzemienny w skutki. To konkluzja Jona Ronsona, który przeprowadził w tej sprawie dziennikarskie śledztwo. Autor, zbierając trop po tropie, łączy programowe założenia Pierwszego Batalionu Matki Ziemi z torturami więźniów w kubańskim Guantanamo czy irackim Abu Ghraib. Cytuje słowa żołnierki Lynndie England, której fotografie na tle związanych, nagich irackich jeńców leżących na stosie (sic!) obiegły świat. England przyznała, że zdjęcia robiono jej na „polecenie kogoś wyższego rangą, z batalionu operacji psychologicznych”. A to dopiero upiorny czubek góry lodowej. Ronson opisuje też, jak USArmy dręczyła więźniów głośną muzyką. Jak pracowała nad programem dźwięków podprogowych, mających ukryty wpływ na częstotliwość ludzkiego mózgu. Wreszcie, że jeden z członków grupy terrorystów, którzy 11 września 2001 r. dokonali dramatycznego zamachu na Nowy Jork i Waszyngton, szkolił się u byłego członka batalionu szpiegów umysłu…

To są upiorne historie. Choć trzeba przyznać, że trudno w nie uwierzyć. Bo skąd autor miałby zdobyć te informacje? Przecież ich ujawnienie wstrząsnęłaby światem. A tu cisza. Dlatego wyniki dziennikarskiego śledztwa Jona Ronsona wielu czytelników potraktuje z przymrużeniem oka. I wielu czytelników może stawiać pytanie o jej wiarygodność.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Człowiek, który gapił się na kozy” to książka, obok której nie można przejść obojętnie. Jej lektura na pewno zapadnie czytelnikowi w pamięć. I wzbudzi w nim gorące emocje, ponieważ oscyluje na granicy między prawdą a kosmicznymi bzdurami. Próba osądu i weryfikacja podanych przez Ronsona faktów może rozpalić emocje nawet stoika. Autorowi trzeba też pogratulować sprawnego pióra i zmysłu do kreślenia narracji. „Człowiek…” nie nudzi, budzi ciekawość. To dzieło bogate w anegdoty, smaczki, a nawet historie z pogranicza science-fiction. Ronsosn umiejętnie wplata nowe wątki, kreśląc obraz paranormalnego szaleństwa w USArmy i jego konsekwencji.

Autor tak umiejętnie prowadzi czytelnika przez kolejne karty odkrytej przez siebie historii, że nie sposób się znudzić ani zniechęcić. A o zniechęcenie przecież łatwo, czytając o badaniach rodem z szalonych komiksów czy o opowieściach podobnych do historii o lotach talibów do Klewek. Trzeba też podkreślić drugi walor książki Jona Ronsona. Mimo wielu zabawnych i szokujących szczegółów, jest ona interesującym głosem o wojnie i naturze współczesnej władzy. O tym, jak politycy dają się złapać sidła różnych szamanów, ciekawie pisał Francis Wheen w książce „Jak brednie podbiły świat”. Ronson dodaje do tego opis swoistego szaleństwa, które ogarnęło sfery militarne. Szaleństwa, którego skutki były nieraz dramatyczne.

Autor nakreślił też portret swoistego „rozumu technokratycznego”, zdolnego myśleć jedynie w kategoriach wyznaczonego zadania. Na kartach książki ludzi, którzy o eksperymencie z zabijaniem kóz wzrokiem pomyśleli „Bzdura!”, znajdujemy niewielu. Ta refleksja zawarta w książce Ronsona ma przełożenie na rzeczywistość każdego z nas. Wszyscy przecież żyjemy w zorganizowanej strukturze, opartej często na rutynie i gorsecie przepisów. I w niej też często zdarzają się kosmiczne bzdury, które niekiedy skazują człowieka na cywilną śmierć. W tym kontekście, „Człowiek, który gapił się na kozy” udziela ważnej, wartej zapamiętania lekcji. Że może to, co wiemy i rozumiemy, wpasowuje się w schematy, które ktoś nam potajemnie narzuca?

Jon Ronson, „Człowiek, który gapił się na kozy”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010 r.

Łukasz Maślanka

Gazeta Prudnik24 – numer 287

Reklamy

Reklamy





Facebook