Prudnik24

Pocztówka z Rosji, czyli prudniczanin na mundialu

Pocztówka z Rosji, czyli prudniczanin na mundialu
09 lipca
19:38 2018

– Nie jedź do Rosji, bo to dziki kraj, a tamtejsi chuligani będą polowali na Polaków. Mogą cię tam nawet zabić, w najlepszym wypadku stracisz zęby, a władze przymkną na to oko – mniej więcej takie głosy mogłem usłyszeć od najbliższych, gdy kilka tygodni temu powiedziałem im, że wybieram się na tegoroczny mundial. Sam wielkich obaw nie miałem, ale coś mi podpowiadało, że lepiej mieć oczy dookoła głowy, choćby profilaktycznie. Na wstępie mogę napisać, że nawet lekki niepokój był nieuzasadniony, bo w Rosji było o 180 stopni inaczej niż zapowiadali znajomi.

Myśl o wyjeździe do Rosji pojawiła się właściwie kilka minut po zwycięskim meczu z Czarnogórą wygranym przez biało-czerwonych 4:2. Plan był wówczas prosty, kolejny urlop z reprezentacją. Dwa lata temu byłem na wyjazdowych meczach w Kazachstanie i Rumunii, rok temu spędzałem wczasy w Gruzji i Armenii, w której to grała kadra, więc uznałem, że po tak aktywnych wyjazdowo eliminacjach uczestnictwo w mundialu jest pewnego rodzaju obowiązkiem, czy dopełnieniem.

Wyjazd do Rosji rozpoczęliśmy od Królewca (Kaliningradu), gdzie rozegrano kilka spotkań w fazie grupowej. Tam pierwsze pozytywne zaskoczenie. Gospodarz, u którego mieliśmy nocleg sam zaproponował, że zgarnie nas z dworca autobusowego i podwiezie na kwaterę, bo nie ma sensu, abyśmy wydawali pieniądze na taksówkę. Manewr ten powtórzył się, gdy się wymeldowaliśmy i jechaliśmy na pociąg do Moskwy, a ten ruszał o wyjątkowo „podłej” godzinie, bo o 5:00 czasu miejscowego.

Do Moskwy docieramy po niemal 24-godzinnej podroży wesołym pociągiem i stolica Rosji od razu poraża swoim ogromem. Dość powiedzieć, że oficjalnie w moskiewskiej aglomeracji mieszka 17 milionów osób, nieoficjalne liczby mówią o grubo ponad 20 milionach. Na własnej skórze przekonaliśmy się o tym, że korki można tam spotkać nawet o 3 nad ranem, mimo że w jedną stronę prowadziła 4-pasmowa droga. Cóż, takie uroki mieszkania w naprawdę wielkim mieście.

Samych atrakcji turystycznych Moskwy opisywać nie będę, bo te są powszechnie znane, a każdy choć trochę zainteresowany łatwo możne znaleźć w internecie nawet te mniej znane, bowiem myślę, że w takim tekście znacznie ciekawsza będzie otoczka wokół mundialowa.

O niesamowitej przyjaźni Rosjan przekonaliśmy się także podczas pierwszego swojego dnia pobytu w samej Moskwie. Wieczorem w kilka osób wybraliśmy się na meczu Pucharu Moskwy (coś na wzór rosyjskiej IV ligi). Ruszyliśmy na to spotkanie, ponieważ wszyscy w pewien sposób jesteśmy fascynatami idei groundhoppingu (hobby polegające na oglądaniu meczów na jak największej ilości stadionów i boisk), a obiekt, na którym miał odbyć się mecz wydawał się być niesamowity. Wokół murawy oraz na trybunach można było znaleźć… armaty, działa oraz samoloty. Coś pięknego i jednocześnie zupełnie odbiegającego od nowoczesnych stadionów, które wszystkie robione są „na jedno kopyto”, a różni je tylko kolor krzesełek, przez co w zdecydowanej większości są zwyczajnie nudne. Wracając jednak to rosyjskiej gościnności. Na meczu spotkaliśmy miejscowego fana niższych lig. Rozmowa z Germanem, bo tak ma na imię, na tyle się kleiła, że po meczu poszliśmy z nim do miasta. Po pobycie w pubie poczuliśmy się, jakbyśmy byli na wyjazdowym „meczu przyjaźni” w Polsce, gdyż uznał on, że sam ureguluje rachunek. Mimo naszych protestów, German zapłacił za wszystko.

Nazajutrz (w dniu meczu Polski z Senegalem) otrzymaliśmy od niego wiadomość, że jak tylko mamy ochotę, to przed dwa dni jest do naszej dyspozycji, bowiem na wolne w pracy i z chęcią oprowadzi nas na mieście. Gość niecałą dobę wcześniej jeszcze nas nie znał, a sam zaoferował, że poświęci nam swój wolny czas tylko po to, abyśmy mogli poczuć się lepiej. Z pomocy z chęcią skorzystaliśmy i umówiliśmy się z nim po meczu. Widowisko jakie było każdy widział, więc część sportową pominę i napiszę kilka słów o tym, co działo się na trybunach. Na tych zdecydowanie dominowali Polacy, którzy dodatkowo byli wspierani przez Azjatów oraz część Rosjan, pozostałe nacje raczej wspierały Senegalczyków. Sama droga na mecz to biało-czerwona fala i jakieś tam próby dopingu. Ten, jak to bywa na meczach kadry, zbyt żywiołowy nie był, ale fajnie było widzieć chociaż starania. Na stadionie stosunkowo głośno było tylko w początkowej fazie spotkania. Im bardziej było widać, że dobry wynik się oddala, tym ten cichł. Wielka szkoda, bo miałem jednak nadzieję, że będzie inaczej.

Po przegranym meczu wielu kibiców zaczęło masowo sprzedawać bilety na spotkanie z Kolumbią. My postąpiliśmy inaczej, tuż po końcowym gwizdku te wejściówki zakupiliśmy, wszak podczas takich wyjazdów wyniki nie są najważniejsze, a i tak pozostawała wiara, że w Kazaniu będzie lepiej. Wszak wydawało się, że gorzej być nie może.

Kolejne dni w Moskwie to nadal pozytywna atmosfera, wielka pomoc do Germana oraz pozdrowienia od kibiców innych nacji. Śmiało można powiedzieć, że stolica Rosji żyje tymi mistrzostwami, a na ulicach miasta można było spotkać kibiców wszystkich 32 reprezentacji. Atmosfera piłkarskiego święta pełną gębą.

Do Kazania dotarliśmy nocnym pociągiem dzień przed decydującym starciem z Kolumbią. W stolicy Tatarstanu zdecydowanie dominowali fani z Ameryki Południowej, od razu było widać, że to oni będą w niedzielę na trybunach stroną dominującą. Po zwiedzaniu miasta, spotykamy się ze znajomymi i w miłej atmosferze, oglądając starcie Niemców ze Szwecją, spędzamy wieczór.

Sam dzień meczowy przebiegał podobnie jak w Moskwie, z tą różnicą, że na stadion prowadziła wielka żółta fala, bardzo przyjaźnie nastawionych Kolumbijczyków. Od jednego z nich nawet otrzymałem koszulkę meczową ich narodowej drużyny, która mimo wyniku na pewno będzie fajną pamiątką z meczu. Na stadionie na szczęście trafiamy do polskiego sektora, gdzie w kilkaset osób staramy się prowadzić doping. Ten w telewizji zapewne nie był słyszalny, ale stojąc na trybunie można było sobie pośpiewać więcej niż na meczu z Senegalem, mimo znacznie mniejszej ilości polskich kibiców.

Na murawie niestety znów był dramat. Jednak nie mogę napisać, że byłem zły, było mi po prostu przykro. Przykro, że wszystko tak szybko się skończyło i że mecz we Wołgogradzie, który oglądałem już tylko w tv, był meczem jedynie o zachowanie twarzy. W tym wszystkim już nawet nie chodziły o same porażki, bo te wkalkulowane są w sport, ale o ich styl. Ale na tym skończmy, bo to ani miejsce, ani czas, aby na ten temat dłużej się rozpisywać.

Podróż z Kazania do Polski rozpoczęliśmy dzień po meczu i mieliśmy ją podzieloną na kilka etapów (wcześniej mieliśmy z tym sporo problemów, m. in. przez odwołanie pociągu, który organizowała FIFA). W drogę ruszyliśmy blablacarem (największy na świecie serwis wspólnych przejazdów – ridesharing – dla osób podróżujących na długich dystansach) z parą niesamowitych Tatarów, którzy po drodze częstowali nas obiadem, o 8 rano polskiego czasu i po kilkunastu godzinach podróżny, dotarliśmy ponownie do Moskwy. Tam po krótkiej przerwie na kolację udaliśmy się na kolejnego blablacara, tym razem do Grodna. Na Białorusi zameldowaliśmy się około 14:00 dnia następnego, skąd pociągiem ruszyliśmy do Warszawy. Będąc już w Polsce zdecydowaliśmy, że do Wrocławia wrócimy kolejnym blablacarem i tak po niemal 41 godzinach podróży bez snu zakończyliśmy swoją mundialową przygodę.

Wyprawę tą, mimo fatalnych wyników, będę wspominał z uśmiechem na twarzy. Przede wszystkim udało mi się odwiedzić kolejny wschodni kraj, a tym kierunkiem zawsze byłem zafascynowany i z krajów graniczących z Polską „na liście” brakowało mi właśnie tylko Rosji. Po drugie, dzięki wyjazdowi mogłem zmienić zdanie o Rosjanach i poznać jacy są naprawdę. Ten wizerunek, dodam, znacznie różni się od tego, jaki kreują media.  Po trzecie, zobaczyłem Moskwę, którą od teraz wszystkim mogę polecić. No i po raz kolejny mogłem uczestniczyć w wyjazdowym meczu biało-czerwonych. Pozdro!

Michał Mormul

 

 

 

 

Gazeta Prudnik24 – numer 291

Reklamy

Reklamy





Facebook