Prudnik24

„Źródłowo”. Felieton Bartosza Sadlińskiego

„Źródłowo”. Felieton Bartosza Sadlińskiego
07 marca
11:56 2021

Mam coś z biurokraty. Jednym z tego przejawów jest zainteresowanie bibliografiami. Ostatnio w e–mailowej dyskusji znajomy zasugerował mi, że odlewam sobie złotego cielca ze spisu źródeł. Bo przecież nawet teksty ich pozbawione mogą nieść prawdę. I odwrotnie – bibliografią da się manipulować, błądzić w oparciu o nią; a biedny czytelnik zwykle nie analizuje jej krytycznie, zwłaszcza, gdy  obejmuje ona pozycje trudno dostępne lub obcojęzyczne. Jak bardzo byśmy sobie nie wmawiali, że na każdym kroku kierujemy się wiedzą i rozumem, nie przeskoczymy prostej zasady: „komuś trzeba ufać” (jeśli nie na etapie tekstu właściwego, to przynajmniej na etapie wykazu źródeł). Oczywiście za autorem stoją – a przynajmniej stać powinni – wydawca, konsultanci, prawo, więc kwestia jest bardziej skomplikowana, ale – i tak – socjologia zaufania kłania nam się niezmiennie.

W temacie wartości bibliigrafii uwrażliwił mnie m.in. Damian Redmer, autor vloga Rozwojowiec, który często wskazuje na to, jak bałamutna może być literatura o psychologii i rozwoju osobistym, gdy jest pisana z głowy (a nieraz wręcz na kolanie). Wielu osobom wydaje się wiele rzeczy – to normalne – gorzej, gdy te wydawania ubrane są szatę naukowości (lub nawet nie próbują się ubierać.

Na wartość źródeł uwrażliwiły mnie także dyskusje z przedstawicielami wojującego antychrystianizmu, które toczę w zakamarkach Facebooka i nie tylko. Lubię sprawdzać skąd moi oponenci biorą iście kryminalne zarzuty wobec papieży czy świętych lub na czym opierają twierdzenie, że np. bycie za prawem do aborcji wynika z podejścia naukowego, a przeciwne – z dogmatycznego. I nader często okazuje się, że ktoś myli opinię z faktem, hipotezę z czymś sprawdzonym, zdanie naukowca ze zdaniem nauki.

Dziennikarstwo także uczy weryfikacji źródeł, niekoniecznie pisanych. Ostatnie medialne zamieszanie wokół odwołania pani wiceprezes spółki Moszna Zamek pokazuje, jak dziwnie mogą być dobierani rozmówcy, jak rozpychać się na łamach może ktoś, kto nie posiada rzetelnej wiedzy o sprawie.

Zatem krytyczne podejście do źródeł słuszne jest i zbawienne. Nie aż tak, by ważyć sobie lekce wszystkich bezbibliigrafowców (pisarzy, poetów, filozofów itp.), ale jednak warto być czujnym.

W kiepskiej sytuacji są dziennikarze śledczy. Ich rozmówcy zwykle nie podają danych osobowych, bo grozi im to utratą reputacji, wolności, zdrowia czy życia. Gdy prawie dziesięć lat temu wśród czytelników mających serce po prawej stronie poczytny stał się Wojciech Sumliński, pojawiało się pytanie, czy opisane przez niego polityczne afery nie są brane z kapelusza. Autor uwiarygadniał się (a przynajmniej usiłował) słowami: „To, co napisałem, jestem w stanie udowodnić przed każdym uczciwymi sądem”. Mi to wtedy wystarczyło. Później pojawił się niedosyt – bohaterowie afer nie poszli siedzieć, a samemu Sumlińskiemu jako narratorowi bliskie były językowe kalki. Nie przekreślam jego twórczości, ale mam świadomość, że autorzy tacy jak on skazani są na grono wyznawców lub antywyznawców. Bo w pełni przekonujących dowodów pewnie nie dostarczą nigdy.

Historia zamku w Mosznej, którą się zajmuję, to także złożony bibliograficznie temat. Ale o tym opowiem w następnym felietonie.

Bartosz Sadliński – dziennikarz, przewodnik na zamku w Mosznej, wieloletni współpracownik Gazety Prudnik24

Gazeta Prudnik24 – numer 291

Reklamy

Reklamy





Facebook